01 News
02 Biografia
03 Dyskografia
04 Wywiady
05 Team
06 Thin Line
07 Photo
08 Artykuły
09 Subskrypcja
10 Księga gości
11 Forum
12 Linki
13 Kontakt
30 TON
08 recoil artykuły


Wilder, przebij pionę! Resoil jest da best!
2000
part 02

***

OSLO [20.01.2000]
Po dwudniowym błąkaniu się pociągami, Alan, Hep i Lucy ponownie znaleźli się na pokładzie samolotu - tym razem lecieli do Oslo, gdzie spotkali się ze Svein Bjorge, pracownikiem norweskiego przedstawicielstwa MUTE.

Hep: po szybkim zameldowaniu w hotelu popędziliśmy do klubu 'So What', gdzie odbywało się RECOIL listening party. Lokal okazał się być wprost wypełniony zarówno fanami RECOIL, jak i entuzjastami depeche MODE. Szaleństwu uścisków dłoni i podpisywania płyt nie było końca. Jako że leży to w naturze niektórych fanów dM, nie byli oni zadowoleni ze zwykłego autografu na swoim LP. Wymusili na Alanie, by ten złożył swoje parafki na każdym odsłoniętym skrawku ciała; nie trzeba było długo czekać aby ten wspierany przez piski w rodzaju 'już nigdy nie będę się myć!'[hmm, nie chciałabym wpaść na nich za parę tygodni...] wyścig do zdobycia totalnego pokrycia ciała autografami wymknął się spod kontroli.

Po rozsądnej dawce 'napojów orzeźwiających' zwróciliśmy nasze ruchy ku wyjściu - nagle wybuchła mała awantura, ponieważ fani, którzy byli zbyt nieśmiali, by podejść do Alana wcześniej, właśnie zdali sobie sprawę, że powinni zasygnalizować swoją obecność zanim Wilder zaniknie na kolejne 15 lat. Wychodząc naszych uszu dobiegło wołanie:

'Wilder, przebij pionę! Resoil jest da best!', no i w ten sposób narodził się tytuł tego sprawozdania.

Norwesccy fani RECOIL


Svein zabrał nas do innej knajpy, gdzie natrafiliśmy na kolejną galerię dziwacznych norweskich postaci. Zanim w ogóle zdołał postawić nam kolejkę, do stolika podszedł wyraźnie obserwujący nas gość i akcentem rdzennego Anglika burknął: 'Się macie dziewczyny! Dobrze widzieć kogoś z rodzinnych stron! Może banana?' i parę podobnych rzeczy; na szczęście Alan przerwał mu słowami 'Nie jesteś Anglikiem, nieprawdaż?'. Tajemniczy gość musiał w takiej sytuacji przyznać, że istotnie, jest rodowitym mieszkańcem Oslo, acz zawsze rozmawia w ten sposób. Nie namyślając się długo dokonaliśmy szybkiego odwrotu przy wtórowaniu jego niekoniecznie sensownej angielszczyzny.

Po przybyciu do hotelu doświadczyliśmy następnych dziwaczności - zastaliśmy placówkę zamkniętą i musieliśmy walić w drzwi, aby wymusić wejście. Jak już dotarliśmy do recepcji, Alan nonszalancko zapytał 'Chyba dostaniemy jakiś room service, nie?' Zamiast spodziewanego 'Oczywiście, proszę pana', niski mężczyzna skinął tylko głową, po czym wyciągnął spod lady trzy hermetycznie zapieczętowane w foliowe worki gotowe do spożycia dania. 'Tylko to zostało' - ćwierknął, po czym zostaliśmy zmuszeni do wyboru między stęchłą sałatą z zapoconym serem, stęchłą sałatą z rozmiękłym mięsem oraz stęchłą sałatą ze stęchłą sałatą. Najsmutniejsze jest to, że na skutek dezorientacji byliśmy skłonni zaakceptować tą skąpą ofertę i powłóczyć nogami w kierunku widny, z talerzami w rękach. 'Cóż, przynajmniej możemy się napić' - próbowaliśmy podnieść się na duchu. Niemniej wydaje się, że oprócz późnych powrotów i późnych obiadów w Olso zabronione jest również późne picie - hotelowy minibar zastaliśmy pusty, a recepcja nie była w stanie zaoferować niczego, nawet najmniej alkoholowego. Głodni i spragnieni, zostaliśmy zmuszeni przyznać, że stęchła sałata ostała się ostatnią 'zjadliwą' rzeczą. Trzeba było jeszcze zadecydować, kto bierze ser a kto podejmie się ryzyka związanego z mięsem.

Niczym na dopełnienie naszych krzywd Alan włączył TV, który wskoczył na kanał o naturze bardziej 'dla dorosłych' i naszym oczom ukazały się dwie dziewczyny zachowujące się w sposób, jaki - mówiąc delikatnie - można określić jako 'intymny'. Aczkolwiek dźwięk, jaki zwykle towarzyszy takiemu zachowaniu został zastąpiony przez... cóż... 'obiadowy jazz'. Najbardziej jednak surrealistyczne wydarzenie miało miejsce następnego dnia, kiedy celem oszczędności czasu zdecydowaliśmy zjeść lunch w hotelu. Ogłoszono, że zaraz odbędzie się występ jednego z wschodzących norweskich artystów - musieliśmy tego słuchać bez względu na to, czy tego chcieliśmy, czy też nie.

Po oddaniu kurtek do szatni zajęliśmy nasze miejsca i na małej, otoczonej jasnym światłem i tłumem nie różniących się od siebie biznesmenów scenie, pojawił się ów artysta. Wyglądał jak Vic Reeves z farbowanymi, czarnymi jak kruk włosami. Zaczął grać na swojej 12 strunowej gitarze i mamrotać niczym Tom Waits, brzmiąc ogłuszająco przez system wzmacniaczy. Nie pomogło to, że będąc gdzieś w trasie doznał natchnienia i napisał utwór szarmancko zatytułowany 'ona zrobi wszystko, co tylko będzie w jej mocy, by cię zdołować'. Musieliśmy słuchać kogoś, kto próbował rymować słowa 'carrot'(marchew) z 'embarassed' (zakłopotany) i cały czas był przekonany o tym, że ludzie będą traktować poważnie jego pisarskie podejścia.

SZTOKHOLM [21.01.2000]
Po przybyciu do Sztokholmu uczyniliśmy sobie zasłużony, godzinny odpoczynek, po czym udaliśmy się na spotkanie przy obiedzie z Lasse De Fion - przedstawicielką oddziału MUTE w skandynawskim Playground Records. Potem wybraliśmy się we czwórkę do hotelowej knajpy o nazwie 'The Spy Bar'. Jednak, ku naszemu przerażeniu, nie było to wcale takie miejsce, jakie sobie wyobrażaliśmy... Naszym oczom ukazał się widok 30-tu nienagannie wyszykowanych, łysiejących biznesmenów czyniących lubieżne uśmieszki względem wszystkiego, co choć trochę wyglądało na 'żeńskie' i tańczących co najmniej tak żenująco, jak podpity stryjek na weselu. Słowem - chodzi o takich, którzy wyglądają jakby kierowali ruchem ulicznym, kiedy na parkiecie rozpoczyna panowanie muzyka techno... W innej części baru znajdował się blackjack, przy którym co niektórzy - ci najbardziej odważni - próbowali wcielić w życie swoje 'jameso-bondowskie' fantazje... nawet bez towarzystwa pięknej kobiety, międzynarodowych handlarzy boni i - co chyba najważniejsze - cechującej postać agenta 007 umiejętności wygrywania. Obsługująca stół krupierka musiała cierpliwie przetrzymać zaporowy ogień szowinistycznych komentarzy, niemniej jestem pewna, że przychodzące jej z takim wdziękiem przejmowanie pieniędzy od ogółu graczy poczytywała sobie za czystą rozkosz.

Sztokholm


Szwedzka promocja albumu rozpoczęła się o 10 rano i ku uciesze Alana sprowadziła się do kilku udzielonych telefonicznie wywiadów - można było je przeprowadzić prosto z pokoju hotelowego. Poszczególne rozmowy zastały Alana na różnych etapach jego 'przywdziewania' się - hmm, marny widok, szczególnie jeśli 'ktoś' próbował pośród tego wszystkiego poradzić sobie z grasującym w głowie kacem...

Biorąc pod uwagę hotelowy bar wypełniony gośćmi w garniakach z jednej, a zalęgającą za zewnątrz grubą, śnieżną pokrywę i temperaturę poniżej 10 stopni celsjusza z drugiej strony, nie mieliśmy ochoty wychodzić dokądkolwiek, musząc tym samym znieść swoiste poczucie dyskomfortu. Tak więc ostatnią noc pobytu w Sztokholmie postanowiliśmy spędzić w ciepłej przystani, jaką okazał się być nasz pokój. I wszystko to skończyłoby się zapewne dobrze, gdyby nie Alan, który podczas próby włączenia telewizora strącił go na podłogę. Nie było zaskoczeniem, że po tej próbie odbiornik już się nie uruchomił. Jak by tego było mało, udało się mu uszkodzić również radio - i tym razem oczywiście przez przypadek. Któż jednak mógłby spodziewać się czegoś takiego po kimś, kto większość swego życia spędził pośród sprzętu technicznego...

***

coming soon: [part 03]