01 News
02 Biografia
03 Dyskografia
04 Wywiady
05 Team
06 Thin Line
07 Photo
08 Artykuły
09 Subskrypcja
10 Księga gości
11 Forum
12 Linki
13 Kontakt
30 TON
03 recoil dyskografia


Unsound Methods
Al Crawford's review

Poniższą rezenzję w oryginalnej, angielskojęzycznej wersji można zaleźć na stronie Al's Review Archive.

***

Naprawdę chciałem lubić ten album. Wkład Alana Wildera w Depeche Mode był często niedostrzegany, ukryty za bardziej fotogenicznymi, przyjaznymi mediom postaciami Dave'a Gahana i Martina Gore'a. Kiedy Wilder zdecydował, że ma już dość Depeche Mode i że mógłby przełączyć RECOIL z projektu 'na boku' na swoje główne przedsięwzięcie, miałem nadzieje na coś naprawdę dobrego.

Dostałem jednak Unsound Methods. Z pewnością pod pewnymi względami nie jest on zły - uwolniony z więzi Depeche Mode, choć bez wątpienia nadal finansowo korzystający ze sprzedaży płyt zespołu, Wilder mógł robić dokładnie to, co tylko chciał robić. Muzycznie album jest wysoce znakomitym i sprawiającym wrażenie kawałkiem roboty. Wilder stylistycznie i umiejętnie łączy elementy tradycyjnej, opartej na syntezatorach muzyki z hip-hopowymi beatami, wpływami bluesa, dubem i połową tuzinu innych rozmaitych gatunków. Produkcja płyty jest nieskazitelna i momentami tak sprytnie zrobiona, że myślisz, iż słuchasz czegoś, co zostało skonstruowane jako pokaz właściwości stereo.

Problem dotyczy tego, co dzieje się na ścieżkach wokalnych. Pomysł korzystania z pomocy gościnnych wokalistów z pewnością nie jest dla Wlidera pierwszyzną - na jego ostatnim albumie, Bloodline, wystąpił Douglas McCarthy z Nitzer Ebb, Toni Halliday z Curve oraz Moby. Jednym wokalistą, który pojawił się ponownie, jest Doug McCarthy, który użycza wokalu dwóm utworom. Innymi gośćmi są - uporządkowani według rosnącego stopnia irytacji - Hildia Cambell, Siobhan Lynch i poetka Maggie Estep. Sam Wilder wykonuje wokale w jednym utworze.

Pierwszy utwór, 'Incubus', stanowi przyzwoite rozpoczęcie albumu. Wokale McCarthy'ego są połączeniem słowa mówionego (z przyzwoitym amerykańskim akcentem) i śpiewu. Muzyka jest interesującą mieszanką składników konwencjonalnego rocka, czegoś tanecznego i ścieżki dźwiękowej do 'Apocalypse Now'. Może jest zrobione to nieco 'na pokaz' , jednak z czasem podoba się coraz bardziej, no i muzyka sama w sobie jest świetna.

'Drifting' został wybrany do publikacji jako singiel i łączy w sobie momentami eteryczne wokale Siobhan Lynch z interesującą mieszaniną instrumentów perkusyjnych, break-beatu oraz scratch'y. Jeszcze raz muzycznemu tłu udało się wziąć górę nad wokalami - nie jestem zupełnie pewny czy to dobra, czy może zła rzecz. Szczerze życzyłbym sobie muzykę górującą nad wokalami w 'Luscoius Apparatus' i to do takiego stopnia, że byłyby one niesłyszalne. Pierwszy wers tekstu: 'Carla was on her break from the graveyard shift at the mayoanise factory...' mówi więcej o tym utworze niż sam mógłbym kiedykolwiek wykombinować. Podczas gdy dwóm pierwszym kawałkom udało się utrzymać na cienkiej linie pomiędzy artystyczną głębią a głęboką przesadą, ten potyka się i wpada prosto w otchłań pretensjonalizmu. Tekst jest naprawdę okropny i cały czas mam nadzieję, że krajobraz dźwiękowy Wildera, który jest całkiem przyzwoity, zmiecie z powierzchni ziemi wymyśloną przez Estep historię o chłopcu, który spotyka dziewczynę w fabryce majonezu, wspólnie uprawiają seks na różne sposoby, chłopiec próbuje pociąć dziewczynę nożem i sam kończy martwy. Mógłbym poświęcić parę godzin i zająć się demontażem tego tekstu. Wiersz, jaki protagonistka rzeźbi w stole piknikowym ma długość 'Wojny i Pokoju' - albo jest bardzo szybką rzeźbiarką, albo ma bardzo długą przerwę na lunch i stół piknikowy jest do tego naprawdę ogromny. Zawsze staram się pomijać ten numer.

'Stalker' oznacza powrót Douglasa McCarthy'ego, ponownie dostarczającego mikstury mówionego i śpiewanego wokalu. Dużo dzieje się tu w sferze muzycznej i Wilderowi znów udało się pomieszać kilka styli razem. Tekst, cóż, tytuł mówi wszystko. Niezły materiał. 'Red River Cargo' jest nastrojowym, acz nieco może oklepanym numerem. Utrzymany jest w klimacie gospel , zawiera mnóstwo motywów dotyczących rasizmu, i tak dalej. Uwydatnia się ważna rzecz na tym albumie - mimo tego, że został nagrany w Sussex przez angielskiego muzyka, widać tu oczywistą próbę zrobienia albumu brzmiącego 'amerykańsko'. Nie ma co prawda niczego złego w albumie brzmiącym amerykańsko, jednak mam podstawy sądzić, że robienie tego przez angielskich muzyków zwykle nie zdaje egzaminu.

'Control Freak' jest następnym utworem Maggie Estep. Jest jednak jeszcze bardziej irytujący niż 'Luscious Apparatus'. Rozpoczyna się niewiarygodnie banalnym dźwiękiem śmiejącej się kobiety. Wolałbym żuć folię aluminiową niż tego słuchać. Dodając to do tekstu Estep traktującego o dziewczynie spotykającej chłopca, która następnie podążą za nim, 'dostaje' go, prawie dochodzi do zbliżenia, dziewczyna szydzi z chłopca i odchodzi. Nawet drugoplanowy głos Wildera nie jest w stanie uratować tego numeru. 'Missing Piece' momentami jest chwytliwy, jednak całkiem typowy, choć i tak zaznacza się tu poprawa w stosunku do 'Control Freak', a głos Wildera brzmiący w tle jest wystarczająco przyzwoity. Niczym kontrast, 'Last Breath', pomimo nieco dziwnego wstępu, jest wspaniały. Może odgłosy wielorybów nie są tu aż tak bardzo pożądane, ale muzyka sama w sobie jest cudownie płynna, a wokale Cambell pasują tu idealnie. Muszę nominować ten utwór moim najlepszym na albumie.

Ostatni kawałek na albumie, 'Shunt', jest w zasadzie instrumentalny, z ograniczonymi, drugoplanowymi wokalami Wildera. Są one zadowalające, jednak nie jest to to, co w przypadku innych drugoplanowych głosów i można usłyszeć wielokrotnie tylko 'there's blood on the line', zanim utwór nie zaczyna działać na nerwy.

Muszę powiedzieć, że ogólnie jestem troszeczkę rozczarowany tym albumem. Muzyka Alana jest złożona, zróżnicowana i intrygującą, jednak toczy ona przegraną wojnę z zaproszonymi gośćmi. Żaden z wokali nie jest szczególnie wyjątkowy, podczas gdy mówiony materiał McCarthy'ego jest nieco przekombinowany. Potem Magie Estep. Mogę szczerze powiedzieć, że żadna muzyka, którą słyszałem ostatnio, nie zrobiła na mnie tak złego wrażenia, jak właśnie 'Luscious Apparatus' i 'Control Freak'. Oba numery są niewiarygodnie prestensjonalne i, delikatnie mówiąc, są diabelskim nasieniem wyniesionym z najgłębszych czeluści Hadesu. Kompletnie rujnują dla mnie album i ukierunkowują jego ocenę (która w innym wypadku mogłaby być pozytywna) na negatywne terytoria. Bez wątpienia poważni fani Wildera kupią ten album bez względu na to, jednak wiem, że kiedy Alan wyda nową płytę RECOIL, najpierw sprawdzę, jakich wokalistów tu zaproszono, i odłożę go z powrotem, jeśli znajdzie się tam nazwisko 'Maggie Estep'.

Al Crawford, 13 grudzień 1997

***